Maraton po ormiańsku – relacja z Erywania


Armenia / niedziela, Styczeń 20th, 2019

[Wpis gościnny. Autor: Maciej Krajewski]

***

Wyobraźcie sobie kraj, którego dzieje sięgają blisko trzech tysięcy lat, a który nigdy w swojej historii nie zorganizował biegu na królewskim dystansie. Taką białą plamą na maratońskiej mapie świata jeszcze do niedawna była Armenia. W zeszłym roku Ormianie stwierdzili, że tak dłużej być nie może i 21. października 2018 roku w stołecznym Erywaniu, po raz pierwszy w historii kraju rozległ się sygnał do startu w biegu na 42 kilometry i 195 metrów.

Armenia od jakiegoś czasu była na moim turystycznym celowniku. Informacja o maratonie tylko pociągnęła za spust. Z perspektywy czasu mogę stwierdzić jedno – to był najlepszy wybór, jakiego mogłem dokonać.

Burzliwa przeszłość

W turystycznym cieniu sąsiadującej od północy Gruzji. W konflikcie zbrojnym ze znacznie bogatszym, leżącym na wschód Azerbejdżanem. Z nieobliczalnym, islamskim Iranem od południa. Takie są geograficzne realia niewielkiej Armenii, najstarszego chrześcijańskiego kraju świata. A na zachodzie? Tu sytuacja jest jeszcze bardziej dramatyczna. Jeszcze ponad sto lat temu, na ziemiach ówczesnego Imperium Osmańskiego, u podnóża biblijnej góry Ararat, spokojne życie wiodły miliony Ormian. Podczas I Wojny Światowej doszło tu do masowej zagłady ich narodu przez Turków, w wyniku czego życie straciło około 1,5 miliona ludzi. Ci którzy przeżyli ludobójstwo (nazywane przez nich “Wielkim Nieszczęściem”), w znacznej mierze rozproszyli się po świecie, gdzie nieustannie walczą o pamięć dla jego ofiar. Świat jest podzielony co do interpretacji tych tragicznych wydarzeń. . Na chwilę obecną rzeź Ormian jest uznawana jako ludobójstwo m.in. przez większość krajów europejskich (w tym Polskę) oraz przez Rosję i Stany Zjednoczone. Konsekwentnie odmawia tego świat arabski, w tym oczywiście Turcja, z którą Armenia nie utrzymuje żadnych stosunków dyplomatycznych. Granica między oboma krajami jest całkowicie zamknięta, a symbol Ormian, obecna w godle święta góra Ararat, do dziś pozostaje na wrogim, tureckim terytorium. Romantyzmu tej historii dopełnia fakt, że majestatyczny szczyt jest doskonale widoczny z większości miejsc w Erywaniu. A najlepiej ze wzgórza w centrum miasta, zwanego Kaskadami, gdzie codziennie gromadzą się setki Ormian, aby wspólnie kontemplować i z tęsknotą obserwować to, co należało do nich, a zostało im tak brutalnie wydarte.

Maraton w Armenii, Relacja

Pierwsze wrażenia

W Erywaniu zameldowaliśmy się w trójkę, wraz z dwiema koleżankami pokonaliśmy trasę praktycznie jedyną możliwą opcją, czyli LOT-em z warszawskiego Okęcia. Połączenia odbywają się kilka razy w tygodniu, a polski paszport zezwala na bezwizowy wstęp na ormiańskie terytorium. Koszt biletów w obie strony wyniósł nas około 700 złotych na osobę.

Niezaprzeczalnym sygnałem, że nasz pobyt w Armenii właśnie się rozpoczął, był fakt, że praktycznie utraciliśmy zdolność rozumienia tekstu pisanego. Ormianie posiadają swój własny alfabet i język, które dla nas, Polaków są absolutnie niepodobne do żadnej znajomej nam mowy. Nie oznacza to jednak, że byliśmy skazani na jakieś nieporadne warianty języka migowego – w Armenii w zasadzie każdy zna język rosyjski, a mieszkańcy młodszego pokolenia – zwłaszcza w stolicy – coraz sprawniej posługują się angielskim. W turystycznych miejscach (hotel, restauracje) wystarczył, żeby załatwić podstawowe sprawy.

Jeśli jednak chcemy porozmawiać z taksówkarzem o sytuacji geopolitycznej w regionie – bez rosyjskiego możemy się nie dogadać. A są to delikatne kwestie, więc uważajmy 😉 Dobrym pomysłem będzie przyswojenie sobie podstawowych zwrotów po ormiańsku. Nie jest to nic trudnego, a jest niezwykle mile widziane i w większości przypadków powinno wywołać uśmiech na twarzach naszych rozmówców.

Maraton w Armenii, Relacja tastyrun.pl
Na Ararat wejść się w Armenii nie da, za to można go… wypić. To najznakomitszy tamtejszy trunek.
Maraton w Armenii, Relacja tastyrun.pl
Sprzedam Opla. Yyy, Wołgę.

Na walorach turystycznych jeszcze się skupimy, ale ponieważ jesteśmy na blogu biegowym, przejdźmy od razu do “truskawki na torcie”. Jak wypadł debiut Erywania na maratońskiej mapie świata?  

Historyczny bieg

Nie wiedziałem do końca, czego się mogę spodziewać. Kwestia zapisów wyglądała bardzo przejrzyście i profesjonalnie. Poważny sponsor w postaci Coca-Coli. Kwota wpisowego na głównym dystansie była również na poziomie “europejskim” – w zależności od terminu rejestracji wynosiła w przybliżeniu od 125 do 150 złotych.

Odbiór pakietów odbył się bezproblemowo, choć nieco kłopotliwy dla niektórych okazać się mógł fakt, że koszulki były dostępne dopiero na 30 minut przed biegiem. Niemniej wszystko odbyło się sprawnie i z tą częścią swojego maratońskiego debiutu Erywań poradził sobie bardzo dobrze.

Maraton w Armenii, Relacja tastyrun.pl

Typowy odbiór pakietów 🙂

Maraton w Armenii, Relacja tastyrun.pl

Na starcie głównego dystansu pojawiło się raptem 181 biegaczy. Przy tak skromnej frekwencji zaskakująca była różnorodność kulturowa uczestników. Najbardziej w oczy rzucali się Rosjanie, Gruzini, Azerowie i oczywiście Ormianie, choć przekrój narodowości był przeróżny – od Finów po Meksykan. To pewne, że pierwsza edycja maratonu w Erywaniu była łakomym kąskiem dla sympatyków turystyki biegowej, zwłaszcza tych, którzy lubią “zaliczać” nowe kraje.

 

Maraton w Armenii, Relacja tastyrun.pl
Po prawej hinduska odpowiedź na polskiego Bosego Biegacza. Znacznie szybsza od oryginału!

Co można powiedzieć o samym biegu? Na pewno warto wiedzieć, że biegniemy tu dość wysoko, bo powyżej 900 m n.p.m. Trasa mimo tego jest stosunkowo łagodna, choć niepozbawiona ulubionych przez nas wszystkich podbiegów. Bieg zaczyna i kończy się w ścisłym centrum Erywania. Znaczną część dystansu pokonujemy jednak nieco dalej, w dolinie niewielkiej rzeki Hrazdan, w cichym i dość przyjemnym otoczeniu drzew i skałek.

O ile na początkowych kilometrach udawało mi się kontrolować zajmowaną lokatę, w pewnym momencie stało się to niemożliwe – duża liczba nawrotek oraz połączenie z trasą półmaratonu powoduje, że nie wiadomo, czy kogoś dublujemy, wyprzedzamy, czy też wcale z nim nie rywalizujemy 😉 Mimo tego, nie musimy się obawiać pomylenia trasy czy też nadłożenia kilometrów – przy każdej nawrotce dostajemy opaski na rękę, i na podstawie ich liczby jesteśmy kierowani w odpowiednią stronę przez wolontariuszy.

Maraton w Armenii, mapka

 

Na ostatnich kilometrach robi się trochę nietypowo, gdyż trasą musimy podzielić się z ruchem ulicznym – a ten w centrum Erywania jest dość szalony, i naprawdę gęsty, mimo bardzo szerokich, kilkupasmowych jezdni. Tu z pomocą przychodzą policjanci, którzy dwoją się i troją, żeby biegacz mógł bezkolizyjnie pokonać swój odcinek. Niemniej są i takie fragmenty, na których niemal przepychamy się pomiędzy samochodami stojącymi w korku. Kierowcy nie oszczędzali klaksonów, choć z tego co zauważyliśmy, oznaczają one na drodze w zasadzie cokolwiek (coś jak nasze słowo na “k”), więc zakładam, że były to wyrazy sympatii i uznania. 😉 Mieszkańcy Erywania raczej nie są przyzwyczajeni do tego typu imprez, nie było ich też zbyt wielu w roli kibiców, ale ci, którzy obserwowali nasze zmagania byli bardzo serdeczni.

Organizatorzy odrobili lekcje, jeśli chodzi o ciekawe niespodzianki podczas biegu. Co prawda didżeje na maratonach już chyba nikogo nie dziwią, werbliści też niekiedy się zdarzają, ale linoskoczkowie? Imponujące. 😉 No i oczywiście fotografowie, którzy zdecydowanie stanęli na wysokości zadania – fotki, liczone w tysiącach, wręcz wysypują się z facebookowej strony wydarzenia. A przecież to dla nich bierzemy udział w biegach, czyż nie?

Maraton w Armenii, Relacja tastyrun.pl

Nie ma jak samotna ucieczka od peletonu
Nie ma jak samotna ucieczka od peletonu

Maraton w Armenii, Relacja tastyrun.pl

2:58:06. Nie jest to niestety mój wynik, mimo, że ambicje na pewno oscylują gdzieś w jego okolicach. Jest to wynik… zwycięzcy. Nie mam pojęcia gdzie, kiedy i czy w ogóle odbył się taki maraton, w którym wynik niewiele poniżej trzech godzin wystarczył do pierwszego miejsca, a w którym główna nagroda była równie atrakcyjna co tu – 300 tysięcy ormiańskich dram, co daje około 2300 złotych. Trzeba się spodziewać, że fama o tym fakcie rozniesie się i za rok w Erywaniu zameldują się w dużej liczbie sympatyczni koledzy z Kenii, niekoniecznie w celach turystycznych.

Ja na mecie melduję się „parę chwil” później. Czas 3:33:59 uplasował mnie na 29 miejscu. Może nie jest to szczyt marzeń, ale analizując wyniki i tak znalazłem dla siebie pozytyw. Wygląda na to, że w stawce nie było żadnego innego polskiego biegacza, dzięki czemu stałem się – odłóżmy na chwilę skromność – pierwszym i do tej pory jedynym Polakiem, który ukończył bieg maratoński na ormiańskiej ziemi. 😉 Przynajmniej oficjalnie!

Maraton w Armenii, Relacja tastyrun.pl

Dodajmy, że równocześnie z maratonem odbywały się inne biegi, w których udział wzięło znacznie więcej uczestników, przez co łączna liczba biegaczy sięgnęła blisko dwóch tysięcy. Udział w tym miały również moje dzielne towarzyszki, mierząc się na nietypowym dystansie 11,5 km oraz w klasycznej “piątce”.

Prawdopodobnie wszystkie osiągnięte przez nas rezultaty byłyby znacznie lepsze, gdyby nie fakt, że w Armenii naprawdę jest co robić. I będąc na miejscu nie wypada nie spędzać dni aktywnie i nie wycisnąć z nich tyle, ile jesteśmy w stanie.

Na dachu Armenii

Armenia to kraj górzysty – ponad połowa jej powierzchni leży powyżej 2000 m n.p.m. Mimo tego, Ormianie z natury bardzo rzadko chodzą po górach. Przyjmują założenie, że góry są tylko po to, żeby “być” i nie ma sensu się na nie wspinać.  Mimo, że zakochani w niedostępnym od stu lat Araracie, to ich geograficznie najwyższy szczyt – Aragac – nie jest zbyt zakorzeniony w ich świadomości.

Maraton w Armenii, Relacja tastyrun.pl

To właśnie Aragac był celem, jaki obraliśmy na dzień przed maratonem. Jest to pradawny wulkan, posiadający kilka, dość znacznie oddalonych od siebie wierzchołków. Najwyższy z nich, północny, wznosi się na ok. 4095 m n.p.m. “Czwórka” z przodu była niezwykle kusząca, lecz z kilku powodów musieliśmy zadowolić się wierzchołkiem południowym, położonym 200 metrów niżej. Jednak to co zobaczyliśmy na szczycie, nie pozwoliło nam na jakikolwiek niedosyt.

Maraton w Armenii, Relacja tastyrun.pl
Widok na wierzchołek północny – najwyżej położony punkt w Armenii

Punktem wyjścia do wycieczki na Aragac jest jezioro Kari, oddalone kilka kilometrów od masywu. Dojazd z Erywania zajmuje około półtorej godziny. Dobrym i sprawdzonym przez nas sposobem wydaje się wynajęcie taksówki, która zawiezie nas na miejsce, przeczeka cały czas naszej wędrówki (!) i przywiezie z powrotem. Brzmi jak impreza dla bogatych, ale nic bardziej mylnego. Taksówki w Armenii są dużo tańsze niż w Polsce – mieliśmy ją do dyspozycji praktycznie całą sobotę (w zaskakująco wysokim standardzie) i zapłaciliśmy łącznie około 200 złotych. Jadąc w kilkuosobowej grupie koszty bardzo ładnie się rozkładają.

Maraton w Armenii, Relacja tastyrun.pl

To zupełnie inne góry niż te, do których przywykliśmy w Polsce. Przede wszystkim uderza niesamowita pustka, która ciągnie się dookoła nas w zasięgu kilkunastu kilometrów. Suchy, piaszczysto-kamienisty krajobraz, niemal pozbawiony roślinności i jakichkolwiek oznak życia. Podczas wędrówki nie spotkaliśmy twarzą w twarz nikogo – czasem tylko gdzieś w oddali majaczyły pojedyncze sylwetki lub niewielkie grupki innych wędrowców.

Maraton w Armenii, Relacja tastyrun.pl

Droga na szczyt tylko na początku jest wytyczona. Później trzeba iść tak jak podpowiada serce. I rozum. 😉 Jednak trzeba się bardzo postarać, żeby się zgubić – przez cały czas szczyt jest wyraźnie widoczny, więc wiadomo w którym kierunku podążać. Droga przez większość czasu jest przyjemna i bezpieczna, miejscami tylko niekomfortowa z powodu dużych, ruchomych kamieni. Trzeba jedynie zwrócić uwagę na końcowe 150-200 metrów. Jeżeli nie obierzemy optymalnej trasy, to zrobi się dość stromo, a kamienie po których stąpamy będą pod naszym ciężarem ześlizgiwać się w dół. Jeżeli kiedykolwiek będziecie w tym miejscu (a mam głęboką nadzieję!) – lepiej obejdźcie ostatni odcinek z lewej strony, wydaje się dużo dalej, ale jest znacznie łagodniej. Idąc na przełaj fundujemy sobie dodatkowe wrażenia. 😉

Dzień z ormiańskimi górami był absolutnie wyjątkowym doznaniem, które polecam każdemu. Oczywiście z lekkim zastrzeżeniem, że przy 3000-4000 metrach niektórym może się trochę zakręcić w głowie. Ale kto ma dać radę, jeśli nie Wy, drodzy biegacze 😉

Maraton w Armenii, Relacja tastyrun.pl

Nie tylko góry

Armenia, jak przystało na kraj o bardzo bogatej historii, ma dużo do zaoferowania, jeśli chodzi o zwiedzanie. Nie jest moim celem opowiadać o wszystkich odwiedzonych przez nas miejscach, a tym bardziej o związanymi z nimi faktami, historiami i legendami. Tego trzeba dowiedzieć się osobiście, będąc w środku i samemu poczuć ten zapach minionych stuleci 😉 Zamiast tekstu, niech przemówią obrazy:

Maraton w Armenii, Relacja tastyrun.pl
Khor Virap
Maraton w Armenii, Relacja tastyrun.pl
Noravank
Maraton w Armenii, Relacja tastyrun.pl
Sevanavank

Wszystkie te miejsca można w bardzo wygodny sposób odwiedzić korzystając z lokalnych biur podróży i organizowanych przez nich jednodniowych wycieczek. Można je zarezerwować z wyprzedzeniem przez internet (np. poprzez https://www.viator.com/). Za równowartość ok. 20-30 dolarów za osobę przyjeżdża po nas autokar i zabiera w podróż, podczas której wraz z angielskojęzycznym przewodnikiem objedziemy najważniejsze punkty turystyczne w regionie, zjemy tradycyjny obiad, a nawet spróbujemy popularnego wina z granatów lub obejrzymy pokaz ormiańskiego tańca. Skorzystaliśmy z dwóch takich wycieczek i obie były zorganizowane perfekcyjnie – uderzające, jak łatwo, tanio i przyjemnie można zwiedzać ten kraj.

Zatrzymani w czasie

Przemierzając  kolejne kilometry nie potrafiłem oderwać wzroku od tego co widziałem za oknem. I nie mam tu na myśli wyłącznie krajobrazów, ale tego, co znajdowało się tuż przy drodze. Oraz na niej samej. Widok wciąż jeżdżących, kilkudziesięcioletnich, radzieckich samochodów i ciężarówek, oraz ich wraków, nagromadzonych gdzieś wokół przydrożnych warsztatów, jest czymś zupełnie pospolitym. Tak samo jak mnogość niedokończonych lub rozpadających się prowizorycznych baraków oraz krzątających się przy nich ludzi, oddających się przeróżnym czynnościom. Ta nietypowa dla nas sceneria była dla mnie na swój sposób niezwykle pociągająca. Miałem wrażenie, jakbym cofnął się w czasie do okresu, którego nie znam osobiście, a jedynie z wyobrażeń i jakichś szczątkowych opowieści.

Maraton w Armenii, Relacja tastyrun.pl

Maraton w Armenii, Relacja tastyrun.plMaraton w Armenii, Relacja tastyrun.pl

Serce Armenii

Stolica to zupełnie inna bajka. Nic dziwnego, miasto to zamieszkuje ponad milion ludzi, czyli więcej niż jedna trzecia populacji całego kraju. Jest ruchliwe, zapracowane i pełne życia, a przy tym, sprawia wrażenie naprawdę bezpiecznego i poukładanego.

Maraton w Armenii, Relacja tastyrun.pl
„Matka Armenia” strzegąca stolicy i jej mieszkańców

 

Maraton w Armenii, Relacja tastyrun.pl
Plac Republiki

Nie brakuje tu rozrywek i atrakcji. Popołudnia i wieczory umili nam duży wybór restauracji i klimatycznych kawiarenek. Nie ma też przeszkód, żeby odpoczynek pod chmurką połączyć z konsumpcją ulubionego, procentowego trunku. Zwłaszcza na wspomnianych przeze mnie na początku Kaskadach – jest to jeden z lepszych pomysłów na spędzenie czasu podczas zachodu słońca.

Maraton w Armenii, Relacja tastyrun.pl
Kaskady to nie tylko punkt widokowy, ale też galeria bardzo dziwnych pomników

Niby to tylko kilka dni, ale z pewnością był to jeden z tych wyjazdów, na których czas płynie wolniej. I do których często się wraca we wspomnieniach. Muszę przyznać, że poczułem z Armenią swego rodzaju więź. Z jednej strony fascynuje mnie jej inność, a z drugiej, utożsamiam się w pewien sposób z jej historią, oraz całkowicie rozumiem i podzielam wynikającą z niej wrażliwość oraz sentymentalność.

***

Ararat. Kiedyś stanę na jego wierzchołku i zwrócę wzrok w kierunku Kaskad. To musi być nieopisane uczucie.

Maraton w Armenii, Relacja Tastyrun.pl

 

Maciej Krajewski